niedziela, 28 sierpnia 2011

Biała dama

Kolejne denko -o ile kredka może mieć dno. Właśnie zużyłam do granic możliwości zatemperowania białą matową kredkę Sephora. Służyła mi dzielnie prawie rok. Wiele przeszła - gubiła się i odnajdywała. Zdradzałam ją na rzecz innych, ale z żadną nie było tak samo.

Jest kredowo biała, idealnie kryje, jest dość miękka, ale nie maże się. Idealna na linię wodną, choć kreska jest wyraźna. Nie raz ratowała mnie przed wyglądem zombi po nieprzespanej nocy. Idealna.

Całe szczęście - w końcu obiecałam do ostatniego dnia grudnia nie kupować żadnego kosmetyku kolorowego - w zapasie czeka kolejna. Nowiutka, jeszcze zafoliowana, kupiona w bardziej tłustych czasach. 


Koralina

 Szybki makijaż wykonany paletką Sleek Paraguaya. W sam raz na ostatni weekend wakacji. Dziś znów jest pochmurno, a ja potrzebuję czegoś wesołego.


Pomimo, że jestem ruda, nie potrafię się wyrzec pomarańczowych i koralowych cieni. Może i zlewają się z włosami, ale za to jak grają z tęczówką! :)


sobota, 27 sierpnia 2011

Błękitna lagoona



Już zdążyłam przejść na fazę jesienną - zrezygnować z kolorowych makijaży i ubrań w papuzich kolorach na rzecz rudości, miedzi, klasycznych looków i ciuchów w stylu boho - kiedy przyszła fala najgorętszych dni w roku.
 Trochę mi z tymi upałami dziś nie po drodze, ale trudno. Może zamiast lata będziemy mieli długą i ciepłą złotą jesień (proszę, proszę, proooszę... ) ?

W naszym mieszkaniu jest trochę jak w saunie - jest bardzo słoneczne, a my nie zamontowaliśmy jeszcze rolet. Lubię słońce, ale nie lubię się topić. Dlatego po powrocie do domu (mój kochany i dzielny TŻ jeszcze walczy :*) zrobiłam sobie zimną kąpiel z resztą żelu Lagoon od Avon'a.

Konsystencja, wydajność oraz potencjał pienienia się żelu jest jak najbardziej satysfakcjonujący. Rozczarowuje jedynie zapach. Ni cholery nie kojarzy się z wodą. An z morzem. A na taki bryzopodobny aromat właśnie liczyłam. Zapach jest owszem dość świeży, ale przy tym słodki i owocowy. Podoba mi się, ale chciałam morski! Grrr...

Tak czy owak, kąpiel odbyła się i przyniosła mi ukojenie. Może więc nie ma co narzekać. Burczę tak, bo potwierdza się moja teoria, że kosmetyki lepiej kupować stacjonarnie - nie przez pośredników czy sieć. Jestem sroką - lubię najpierw obejrzeć, powąchać, dotknąć... Ehhh... To wszystko przez ten upał.



Szpachla

 Zapytacie pewno, czemu ten makijaż taki blady. Zapewniam was, że po godzinie noszenia, jest jeszcze bledszy... ;-)


Dziś prezentują wam prawdziwą szpachlę czyli makijaż, który robię sobie na budowę. Nie raz wspominałam wam, że ja i TŻ remontujemy sami nasze gniazdko. Mieszkanko jest małe, ale wymagało kapitalnego remontu - łącznie ze zrywaniem podług, wymianą okien i burzeniem ścian. To wszystko - a nawet więcej, bo też podłogi, gładziowanie, malowanie, glazurę i terakotę oraz wszystkie meble - robimy sami. To znaczy TŻ robi, a ja mu tylko asystuję i podaję śrubki ;-)

 Maluję się na budowę z dwóch powodów:

- Żeby nie wyglądać jak zmora - wymazana farbą i oprószona tynkami straszę, więc blada twarz bez wyrazu jest zbędna.

- żeby ochronić skórę - moje dłonie i przedramiona pomimo częstego stosowania przeze mnie kremów nawilżających są podrażnione i przesuszone. Nie chcę, żeby to samo spotkało moją cerę. Wolę, żeby przez cały dzień oblepiał ją podkład i puder, niż gładź szpachlowa czy niemiłosiernie kapiący z sufitu grunt.
Tak samo jest z rzęsami - zauważyłam, że jeśli pomaluję je maskarą, to opiłki i okruchy zatrzymują się na rzęsach, a nie wpadają do oka.

:)

Nie wspomnę już o tym, że do budowlanego makijażu używam kosmetyków, których nie lubię i chcę je już skończyć, jak np. paletę Sephory. Nie mam serca jej wyrzucić (budzi się we mnie sknera), ale też nie nadaje się do "wyjściowego" makijażu. Więc na budowę jak znalazł ;-)


Nie ukrywam, że remont jest jednym z głównych powodów małego przestoju w blogowaniu. Za kilka dni (przeprowadzkę planujemy na przyszły weekend) wszystko - także moja aktywność - powinno wrócić do normy :)

sobota, 20 sierpnia 2011

Muszę kończyć, umieram

Moje dość konserwatywne podejście do kryminałów powszechnie znane, bo się z nim obnoszę i manifestuję swoje poglądy.
Jak lubię, to hołubię. Jak nie lubię, to tego nie ukrywam. Całe szczęście nikt ode mnie tego nie wymaga.
Wymaga za to wspólnik, TŻ i własna próżność, żeby się wziąć nieco w garść i zabrać do pracy. Już nawet sobie książki, dokumenty, papiery, notatki i notesy na przyszłe ewentualne notatki przygotowałam. Mają mi pomóc przy pisaniu serii tekstów o kryminałach, kryminologii oraz historii zbrodni i policji.
Powinnam być szczęśliwa - przecież te mój konik! Sama chciałam, sama wymyśliłam...
Właściwie teksty są gotowe. Tylko usiąść i napisać. Jak napiszę, to się ukażą w Bluszczu.
Ale nie mogę pisać. Nic nie mogę. Śpię tylko, a śnią mi się taki rzeczy, że aż strach zasypiać.
To wcale nie jest zabawne.

Tak jak zabawne najczęściej nie są komedie kryminalne. Zwłaszcza polskie komedie kryminalne. Najczęściej są żałosną kompilacją dowcipów i gagów z brodą z intrygą zerżniętą z seriali "W11" albo "Dlaczego ja?!". Zestaw zupełnie niestrawny. A ja się potem dziwię, że mnie brzuch boli i źle mi.

Do "Muszę kończyć, umieram" Grzegorza Sobaszka zabierałam się z przygotowanymi zawczasu uszczypliwymi uwagami i tekstami wdeptującymi dzieło i autora w ziemię. Z przykrością muszę stwierdzić, że ani jedna mi się nie przydała.
Już bardzo dawno nie czytałam książki tak zabawnej i błyskotliwej. Nawet intryga kryminalna jest. Dialogi trochę kuleją, ale wyrabiają się na zakrętach. No i bohater jest z krwi i kości. I męski jest też bardzo.
Socjopatyczny purysta językowy cierpiący na depresję.


Polecam. Zarówno książkę, jak i branie za wzór bohatera. Słowniki nie gryzą.

[Ha! udało się! Mam depresję (najwyraźniej!), jestem socjopatą i mam słownik.]




A propos umierania, to jest to ostatni występ tego lakieru od Golden Rose. Niestety, skończył się, więc skończył w koszu.

Skarb kibica

 Dziś jedyny warszawski klub piłkarski zmierzył się z jednym z klubów łódzkich. Niestety, z przyczyn niezależnych od nas, nie dane mi było oglądać tego meczu.
Wynik już znam, powtórkę albo najlepsze momenty obejrzymy sobie razem z TŻ, jak mój ukochany wróci do domu.


Bo mój ukochany teraz pewno maluje łazienkę albo skręca szafki kuchenne. Mnie też skręca w środku. A - bo nie ma mnie tam z nim, B - bo nie mogę się doczekać przeprowadzki, C - bo nie lubię być chora, a jestem.
 Na pocieszenie lekki makijaż w barwach klubowych. Niech żyje Sleek i jego czerwone cienie. Tym razem wygrzebałam go z paletki Circus.

 A tak makijaż prezentuje się na kibolu, którego boli brzuch.
 O, tu kibolowi oczy z orbit wychodzą ;)

piątek, 19 sierpnia 2011

Dzieci kukurydzy

Kobo koszmarek. Gdyby nie to, że mam dwa inne, baaardzo przyzwoite, kosmetyki tej marki, skreśliłabym ją na amen.

Pigment w bajecznym kolorze Cornflower (aparat nie oddaje głębi tego matowego czystego kobaltu) dostałam od Myszki w ramach wymiany kosmetyków :) Kolor tego pigmentu przyspiesza mi tętno. Jest po prostu boski...

Co z tego, skoro nie potrafię przenieść go poza pudełeczko?!

Pokora nie pozwala mi twierdzić, że ten kosmetyk jest absolutnie do bani - wiem, że są osoby które, go chwalą. Ale ja sobie z nim nie radzę. A radze sobie z wszystkimi innymi cieniami, z którymi miałam styczność.

Aplikacja - na palcu, aplikatorze lub pędzelku kolor wygląda dokładnie tak jak w pudełeczku. I tylko tam, bo nie trzyma się skóry. Nie przykleja się do niej! Zostaje na aplikatorze :/ Jedynym rozwiązaniem jest pacnąć plamę koloru i poczekać, aż nadmiar sam opadnie. Na bazie ( m.in Kobo) zostaje nam plama (gdy pyłek opadnie plama ma kolor szkolnego mundurka), której nie da się rozetrzeć. Bez bazy - nie zostaje nam nic - jakakolwiek próba roztarcia cienia kończy się całkowitym usunięciem go z powieki :/

Nie łączy się z innymi cieniami. Nie przywiera, nie miesza się, nie zostaje na powiece.

Kreska na morko też odpada - po pierwsze duraline/woda zmieniają kolor nie do poznania, po drugie cień zupełnie nie nadaje się do kresek. Zmoczony zbija się i zbryla oraz tworzy coś na kształt tynku.

Z wyżej wymienionych przyczyn makijażu pokazowego nie będzie. Tylko raz udało mi się nałożyć ten cień na powieki. Nie wyglądało to ciekawie.

Dla mnie to koszmarek, ale może wy sobie z nim radzicie albo go lubicie? Wcale w to nie wątpię, bo Cornflower to mój pierwszy pigment - może po prostu nie umiem na nich pracować?

Na pewno wypróbuję jeszcze kilka innych cienie w tej formule (My Sercret, Vipera, Inglot, Mac), ale dopiero po nowym roku. A pigment Kobo - w zależności od tego co powiecie albo wyczytam na waszych blogach - puszczę w świat albo wyrzucę.

Kurcze, ten kolorek jest naprawdę piękny, więc mam nadzieję, że tylko mnie nie leży ten cień...