Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denko Prodżekt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denko Prodżekt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 sierpnia 2011

Biała dama

Kolejne denko -o ile kredka może mieć dno. Właśnie zużyłam do granic możliwości zatemperowania białą matową kredkę Sephora. Służyła mi dzielnie prawie rok. Wiele przeszła - gubiła się i odnajdywała. Zdradzałam ją na rzecz innych, ale z żadną nie było tak samo.

Jest kredowo biała, idealnie kryje, jest dość miękka, ale nie maże się. Idealna na linię wodną, choć kreska jest wyraźna. Nie raz ratowała mnie przed wyglądem zombi po nieprzespanej nocy. Idealna.

Całe szczęście - w końcu obiecałam do ostatniego dnia grudnia nie kupować żadnego kosmetyku kolorowego - w zapasie czeka kolejna. Nowiutka, jeszcze zafoliowana, kupiona w bardziej tłustych czasach. 


sobota, 27 sierpnia 2011

Błękitna lagoona



Już zdążyłam przejść na fazę jesienną - zrezygnować z kolorowych makijaży i ubrań w papuzich kolorach na rzecz rudości, miedzi, klasycznych looków i ciuchów w stylu boho - kiedy przyszła fala najgorętszych dni w roku.
 Trochę mi z tymi upałami dziś nie po drodze, ale trudno. Może zamiast lata będziemy mieli długą i ciepłą złotą jesień (proszę, proszę, proooszę... ) ?

W naszym mieszkaniu jest trochę jak w saunie - jest bardzo słoneczne, a my nie zamontowaliśmy jeszcze rolet. Lubię słońce, ale nie lubię się topić. Dlatego po powrocie do domu (mój kochany i dzielny TŻ jeszcze walczy :*) zrobiłam sobie zimną kąpiel z resztą żelu Lagoon od Avon'a.

Konsystencja, wydajność oraz potencjał pienienia się żelu jest jak najbardziej satysfakcjonujący. Rozczarowuje jedynie zapach. Ni cholery nie kojarzy się z wodą. An z morzem. A na taki bryzopodobny aromat właśnie liczyłam. Zapach jest owszem dość świeży, ale przy tym słodki i owocowy. Podoba mi się, ale chciałam morski! Grrr...

Tak czy owak, kąpiel odbyła się i przyniosła mi ukojenie. Może więc nie ma co narzekać. Burczę tak, bo potwierdza się moja teoria, że kosmetyki lepiej kupować stacjonarnie - nie przez pośredników czy sieć. Jestem sroką - lubię najpierw obejrzeć, powąchać, dotknąć... Ehhh... To wszystko przez ten upał.



wtorek, 16 sierpnia 2011

Mariola walczy w kisielu

Dzisiejszy post jest dowodem mojego heroizmu w testowaniu nowych kosmetyków i przeprowadzaniu Denko Prodżekt.


Niestety, zwykle w historiach o herosach, główny bohater ginie rozszarpany przez lwy albo przygnieciony przez wielki kamień. Po zużyciu serum z wapniem od Lovely pojawienie się u mnie myśli samobójczych byłoby w pełni uzasadnione.

Nie raz już pisałam, że moje paznokcie nie wyglądają najlepiej. Nie jestem w stanie ich zapuścić ani doprowadzić do porządku. Odkąd pamiętam - a ostatnio film się nie urywa ;) - rozdwajają się i potrafią złamać nawet w połowie płytki. Noszę je równo przycięte przy skórze niedbale pociągnięte kolorową emalią. Zaś od czasu, kiedy zostałam pomocnikiem murarskim mojego TŻ moje dłonie wyglądają, jakbym całe dorosłe życie spędziła na budowie.

Na fali dbania o siebie ( ten blog jednak motywuje)  i nieprzemijającej fascynacji paznokciami mojej Teściowej oraz Klepoatre, postanowiłam poświęcić własnym trochę uwagi.

Na pierwszy rzut wybrałam właśnie serum od Lovely. Podstawowymi kryteriami wyboru były cena (prosty przeliczniki - butelka NailTek Hydracośtam II to koszt jednej raty za pralkę lub siedmiu paczek papierosów ;) oraz magiczna naklejka na wieczku - Kosmetyk Wszech Czasów Wizaż.pl.

Wapniak ma konsystencję, kolorek i zapach kisielu. Paznokcie zdają się go pić, więc nie było przeciwwskazań, aby wieczorem nałożyć kilka warstw - niech się biedna, zmaltretowana płytka odżywi.

Zwłaszcza, że Wizażanki tak robią. I im pomaga. Podobno wybiela też płytkę paznokcia, pielęgnuje skórki, zaś paznokcie czyni mocnymi i elastycznymi.

Po 10 dniach moje paznokcie przestały się rozdwajać, a zaczęły po prostu kruszyć. Końcówki paznokci faktycznie wyglądały jak po "frenczu", ale za to resztę płytki zdobią ciemnożółte plamy, zaś skórki faktycznie nigdy nie były tak odżywione jak teraz - zdają się zaczynać w połowie płytki. I mają kilka warstw. 


Nigdy więcej, pod żadnym pozorem, w ramach żadnego projektu ani na fali największych oszczędności nie kupie ponownie tego czegoś. Nawet jeśli miałoby to uratować kilka istnień ludzkich - nie nałożę go na paznokcie. Mój instynkt samozachowawczy nie pozwala.


poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Psik psik

Kolejne zużycie; w najbliższym czasie będzie ich sporo, bo pod koniec miesiąca przeprowadzamy się do naszego gniazdka, więc chcę wykończyć wszystkie pozaczynane kosmetyki, by nie wozić przez pół miasta dziesiątków do połowy pełnych butelek.

Lakier w spraju Oriflame to właściwie buteleczka. Jeśli któraś z was używała nabłyszczacza w spraju od Schwartzkopfa (Got2Be) i lubiła go - tym kosmetykiem na pewno się nie rozczaruje. Dla mnie niczym się nie różnią; nawet zapachem.

A pachną bardzo słodko - arbuzową mutacją landrynek. Spraj jest dość lekki i przyjemny w użyciu. Ja stosowałam go do definiowania loków. Wystarczyło spryskać suche włosy, by błyszczały się i przestawały się puszyć. Przedawkowanie grozi sklejeniem włosów, choć na pewno nie będą one sztywne. Kosmetyk dobry, nawet bardzo dobry, ale tylko do kręconych i falujących włosów - na naturalnie prostych efekt będzie smętny, zaś prasowane raczej napuszy.

Czy kupię ponownie. Na pewno, zwłaszcza jesienią, kiedy nie opłaca się męczyć włosów prostownicą.

piątek, 12 sierpnia 2011

Pudrowa dziewica

Dziś czuję się dość koszmarnie, więc przedstawię wam kolejny koszmarek mojej kosmetyczki - magnetyczną paletę Sephora.

Kupiłam ją sobie na początku maja jako spóźniony prezent urodzinowy - kosztowała niemało - w regularnej sprzedaży prawie 200zł, ale od czego są kupony zniżkowe dla stałych klientów.

Wiem, że teraz te palety są przecenie (i to sporej), ale mam nadzieję, że nikt się na nią nie skusi. A przynajmniej nikt, kto zakocha się w niej ze względu na cienie.

Ta złota rybka to figurka z tombaku.

Pięknie to wygląda, prawda? Czterdzieści malutkich cieni, pięć żelowych eyelinerów, piętnaście szminek i błyszczyków, cztery róże, dwa bronzery oraz magnetyczna kasetka na sześć małych i dwa duże moduły.

Jak widać na załączonym obrazku, paleta ma już pewne luki - sześć cieni, róż, bronzer wraz kasetką magnetyczną sprezentowałam Myszce (kochana, jeśli przysporzyłam Ci nimi zmartwień i uważasz je za badziew - wyrzuć bez żalu!). Ale to było jeszcze w fazie zadowolenia z zakupu. Dziś nikomu nie zrobiłabym takiej krzywdy.


Cienie przy bliższych oględzinach nie powalają feerią barw. To stonowane, brudne kolorki. W pudełku prezentują się dość sympatycznie. Swache na dłoni również. Za to oko wygląda w nich na zmęczone i blade. Mnie makijaż wykonany nimi dodawał lat..
O ile udał o mi się nimi umalować.
Cienie matowe to bladziochy, cienie perłowe lubiły tworzyć na powiece efekt łuski, zaś brokaty do powieki nie przywierały wcale. Zakup bazy nie zmienił niczego.
Połączenie cieni o różnym wykończeniu (np. perła +mat) nie wchodzi w grę. Nie łączą się i już.
Czas na pozytywnych bohaterów tej historii.
Żelowe eyelinery są bardzo przyzwoite. Czerń nie daje smolistego wykończenia, ale zarówno ona, jak i metaliczne szarość, czerń ze śliwką, brązowo-złoty oraz szmaragdowy mają gładką konsystencję, ładnie się rozprowadzają, nie tworzą smug. Zupełnie przyzwoite.
Są też lekkie i bardzo kremowe - da się je rozetrzeć na powiece i świetnie zastępują kolorową bazę.

Szminki i błyszczyki również nie dostaną nagany. Nie mam im nic do zarzucenia. Zróżnicowane kolory, stopień krycia i rodzaj wykończenia pozwalają na eksperymenty z makijażem ust. Są maleńkie, więc na pewno zużyję wszystkie.




Róże - pudrowy różowy, opalizujący beż oraz brzoskwinia ze złotym brokatem i bronzer są również bardzo w porządku. Służą mi dzielnie i jeszcze posłużą. Lubię zwłaszcza brzoskwiniowy - ładnie ożywia twarz, a brokat wcale nie wygląda tandetnie, tylko lekko rozświetla. Czyli jednak można zrobić dobry kosmetyk z brokatem.

Paletka ta jest moją największą kosmetyczną wpadką. To dzięki niej - zdesperowana, że mam tyle cieni, a tak naprawdę nie mam żadnego - sięgnęłam po Sleek'a :)
Postanowiłam, że wyjmę z niej róże, błyszczyki oraz eyelinery i przełożę do jakiejś magnetycznej kasety np Inglota, zaś pudło z cieniami oddam mamie. Ona na pewno wybierze z niej kilka szaraków. Mam tylko nadzieję, że mnie nie wyklnie ani nie wydziedziczy za ten prezent.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Lessie, wróć!

Marne zdjęcia, bo zrobione kilka tygodni temu, kiedy jeszcze nie bardzo radziłam sobie z moim aparatem.
Mają jednak pewien plus - przedstawiają puder, którego dziś nie byłabym w stanie wam pokazać; skończył się.

Nie często wracam do kosmetyków - zwłaszcza kolorowych, ale to już trzecie (a może nawet czwarte) pudełko tego pudru, jakie zużyłam.
Na kosmetyki Bourjois chorowałam w dzieciństwie. Czarowały mnie te małe okrągłe kolorowe pudełeczka ze złotym guziczkiem, połyskująca faktura wypiekanych cieni, pastelowe opakowania szminek i cukierkowe kolory błyszczyków. Jednak zetknięcie z nimi - pierwszy błyszczyk Bourjois dostałam od mamy, gdy byłam w drugiej klasie liceum -rozczarowało. Jeszcze długo karmiłam się złudzeniami, ale pozostawał niedosyt.

Niemniej jednak ten puder jest najlepszym, jaki miałam.

Właśnie skończyłam pudełko z kolorkiem Miel dore - lekko złotawy, ciepły, naturalny. Mimo codziennego stosowania służył mi dzielnie przez rok. Kosztuje nieco ponad 50 zł (zależy od sklepu), ale jego cudowny pudrowo-różany zapach, idealnie gładka konsystencja, brak kruszenia się i marnowania produktu pod koniec użytkowania, idealne krycie i matowienie bez efektu maski usprawiedliwiałyby nawet wyższą.

W zapasie mam już kolejne opakowanie - tym razem z najjaśniejszym, niemal porcelanowym kolorkiem. Mam zamiar używać go od października :)

środa, 10 sierpnia 2011

Umarł król

Czas na marsza pogrzebowego. Swego żywota dokonał właśnie mój ulubiony tusz do rzęs.

Kupiłam go w dwupaku (ten -czarny oraz czarny z fioletową perłą) i oba służyły mi dzielnie przez pół roku. Trochę długo jak na mnie, ale nie mogłam się z nim rozstać.

Maskara Rimmel Glam Eyes ma elastyczną, gumową szczoteczkę, do której trzeba się przyzwyczaić ale okiełznana potrafi wyczyniać cuda. Trochę wprawy i cierpliwości, a efekt sztucznych rzęs jest jak najbardziej możliwy. Tusz był trwały, nie kruszył się, nie mazał, nie uczulał i miał głęboki czarny kolor. Jego atrakcyjność dodatkowo podbija przyswtępna, rimmelowska cena.

Gdyby nie chęć na zmiany, z pewnością bym przy nim została. Ale mam ochotę przetestować coś innego. Co polecacie?

wtorek, 9 sierpnia 2011

Jasna strona mocy

Najwyższy czas na recenzję kosmetyku, który podbił mojej serce. Odżywkę Yves Rocher do jasnych włosów dostaję od mojej ukochanej teściowej; w ciągu ostatnich 3 miesięcy zużyłam już dwie butelki. Więcej jej nie kupię tylko dla tego, że producent wycofał ją z obiegu i zastąpił inną serią, a także dlatego, że kompletnie nie nadaje się do pielęgnacji rudych włosów.

Na początku wiosny zaczęłam marudzić, że wypadają mi włosy. Wtedy mama mojego TŻ podarowała mi tę oto odżywkę obiecując, że bardzo poprawi kondycję moich włosów. Nie wierzyłam w to zbytnio, bo przecież drogeryjne odżywki nie robią nic. 
Rozczarowałam się. I to bardzo miło. Produkt i jego działanie przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Faktycznie wyraźnie odżywia i nawilża włosy, które właściwie już od pierwszego użycia stają się bardziej miękkie, błyszczące i gładkie. Wyglądają zdrowo. 
Odżywka pachnie obłędnie (całe szczęście nowa seria ma ten sam zapach) - miodem, rumiankiem, pszczelim pyłkiem. 
Bardzo mocno i intensywnie rozjaśnia włosy. Już od pierwszego użycia, nawet jeśli trzymamy ją tylko 1 minutę (tak zaleca producent). Przy regularnym stosowaniu odcień jest coraz jaśniejszy.
Moje naturalnie jasne popielate włosy rozjaśniła niemal do platynowego blondu bez żadnych żółtych refleksów :D
Jest też druga strona medalu - razem z szamponem i WAXem niemal całkowicie ściągnęła mi intensywnie rudy kolor z włosów. Wystarczyły dwa mycia, a użyłam permanentnej farby :D

Polecam, szczerze polecam, ale tylko do jasnych włosów :)

sobota, 6 sierpnia 2011

Zimne nóżki vol.2

Kolejne denko. Ale inne niż zwykle.
Nie czuję ani radości, ani satysfakcji z wykończenia balsamu do nóg i stóp od Essence.
To naprawdę świetny produkt- nawilża, delikatnie i przyjemnie chłodzi, lekko napina skórę, przyjemnie i subtelnie pachnie oraz rozświetla drobnymi srebrzystymi i złotymi drobinkami. Ideał.

Ale jest mi cholernie smutno, bo wszystko wskazuje na to, że już go nie produkują. Cała seria tych kosmetyków zniknęła z szaf Essence w Naturze. Szkoda, bo była świetna :(

Mam to po mamie

Najczęściej to moja mama dobija odrzuconą przeze mnie kolorówkę, ja zaś wyłudzam od niej kosmetyki do pielęgnacji. Ostatnio jednak nastąpiło małe odstępstwo od reguły.
Mama unika makijażu w czasie wakacji - jej dobre prawo - więc zaproponowała mi przejęcie kilku baz i resztki podkładu Max Factor, w obawie, że nie zdąży ich zużyć przed upływem terminu ważności.

Do kosmetyków Max Factor mam dość ambiwalentny stosunek. Niby wiem, że to protoplaści Smashboxa, ale jednak oferta MF wydaje mi się nudna i nieatrakcyjna.

Z tego, co pamiętam robiłam kiedyś jakieś podejście do tego podkładu. Wydał mi się dziwnie ciężki i dziwiło mnie, że mama używa tak ciemnego koloru.
Dziś jednak jestem nim zachwycona - resztka Lasting Performance, którą dostałam okazała się świetna.
Podkład bardzo dobrze i ładnie kryje, ale bez efektu maski. Na lekkiej bazie Oriflame rozprowadza się gładko, ładnie stapia się ze skórą i jest bardzo wydajny.

W pełni mnie satysfakcjonuje i pewnie do niego wrócę. Tylko muszę przetestować jeszcze parę innych tubek. Cóż, ciekawość sroki ;)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Suwenir od jakiejś pani

Dwu i pół roczna Hanuta, starsza córeczka Myszy oraz ulubienica swojego wuja czyli mojego TŻ, jest niezwykle rezolutną dziewczynką. Ma błyskotliwe poczucie humoru (po wuju) i jest przerażająco inteligentna (wuj twierdzi, że też po wuju). Kiedy nie pochłaniają jej dyskusje z dorosłymi, rysuje albo przegląda kolorowe książeczki. Ale ja znam tę szelmę - jestem pewna, że tylko udaje, a tak naprawdę nastawia swe małe uszka niczym radary i bezczelnie podsłuchuje.
Kiedy moi teściowie, a dziadkowe Hanutka, wyjechali na urlop, mała z uporem godnym lepszej sprawy i częstotliwością wiadomości radiowych dopytywała, gdzie są.
Potem i tak wszystko przekręciła, a dziadkowie zamiast na wczasach w Hiszpanii, wylądowali "u jakiejś pani". Ale prezenty przywieźli zacne. Hanka dostała lalkę, która z miejsca ochrzciła Conchitą, ja zaś butelkę wody toaletowej Noa.

Perfumy były lekkie i wiosenne. Jak dla mnie - palacza z przytępionym zmysłem węchu - zbyt lekkie. Zupełnie nie czułam ich na sobie (z tym przytępionym węchem to autoironia - inne perfumy wyczuwam bez problemu).
Niemniej jednak pachniały tym, czym lubię najbardziej: kolendrą, kawą, kadzidłem, piwonią i białym piżmem.

Pewnie gdyby nie ich ulotność i fakt, że lubię eksperymentować z zapachami, wróciłabym do nich. Choć ponownej przygody z Noą nie wykluczam.

Czysta sprawa

Ku przestrodze.
O parzących właściwościach kosmetyków Alterra trochę już było na blogach.
Skuszona niską ceną, ekstraktem z aloesu i przekonaniem, że mnie się nic nie stanie kupiłam te cholerne chusteczki do demakijażu.
Używałam ich przez 10 (słownie: dziesięć) dni. W tym czasie 2 (dwa) razy dostałam lekkiej reakcji alergicznej. Ostatniej - w dniu wyjazdu na wakacje. Moją biedną łabędzią szyję zdobiły/szpeciły czerwone wykwity. Zniknęły po kilku godzinach, ale niesmak pozostał.
Chusteczki wylądowały w koszu.

Chyba jednak nie odważę się na dalsze eksperymenty z tą marką i zacznę uczyć się na błędach innych. 

piątek, 29 lipca 2011

Marchewkowe pole

Mam alergię na marchewkę. Serio serio. Nic wielkiego - marchewka ma dużo cukru i kiepsko się po niej czuję, a moje kolana dziwnie skrzypią. Mały ból, i tak nie lubię marchewki. Mam uraz z dzieciństwa po obiadkach u babci.

W podstawówce miałam galopującą anemię, więc zapracowani rodzice zaordynowali, że co dziennie po szkole mam chodzić na obiadki do babci. A u babci wiadomo - obiadki z leżakowaniem.

Dopiero niedawno przyznałam się rodzicom, że typowy babciny obiadek składał się z zestawu sok Kubuś + "gorący kubek" :-D
Całe szczęście nawilżający krem marchewkowy z TBS w niczym nie przypomina ani upiornego soku, ani zupek instant.
Pachnie przyjemnie i dość subtelnie - w najmniejszym stopniu zapach ten nie kojarzy mi się z marchwią. Ma delikatny łososiowy kolor, gładką konsystencję i wygląda na dość treściwy. Dobrze nawilża, delikatnie natłuszcza, ale szybko się wchłania - właściwie do matu, jeśli nie przesadzimy z ilością. Bardzo wydajny.
Zauważyłam poprawę kolorytu skóry - żadnych zmian w "ubarwieniu", myślę, że te rozświetlenie to zasługa dobrego nawilżenia :)
Jak dla mnie - bomba. Polecam z czystym sumieniem i na pewno do niego wrócę.

czwartek, 28 lipca 2011

Myślę, że nie stało się nic

Ostatnio mam chyba pecha, bo trafiam na więcej kosmetycznych bubli niż kiedykolwiek.

Dzisiejszym rozczarowaniem sezonu jest odżywka w spraju o L'Oreal.

Od kilku ładnych lat mam bzika na punkcie moich włosów. Bzik miał różne stadia - dominującym było namiętne prasowanie włosów. Potem miałam fazę farbowania i obcinania na jeża. Teraz mam etap odżywiania, nawilżania i wydobywania z nich naturalnego piękna (faza przejściowa - już kupiłam dwa szampony koloryzujące : -D)
Od tej odżywki nie oczekiwałam cudów. A przynajmniej nie takich, jakie obiecuje producent. Chciałam jedynie by choć lekko nawilżyłam włosy i ułatwiła ich rozczesywanie.
Ten sprej nie potrafi nawet tego. Dla mnie jest on jedynie mętną wodą. Nie działa. Po prostu nie robi nic.
Pieniądze wyrzucone w błoto i przynajmniej chwilowy uraz do tej marki.
Szkoda.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Zestaw maskujący

Oto coś znacznie bardziej twarzowego, niż poranny makijaż ;-)

Przedstawiam wam zestaw maseczek Avon Planet Spa, jakimi kilka tygodni temu uraczyła mnie mama. Bardzo lubię te serię kosmetyków i chętnie wypróbowuję kolejne nowości. Te maseczki również bardzo mnie zaciekawiły.
W pudełeczku mieści się 12 jednorazowych saszetek z trzema rodzajami maseczek.
Zestaw przygotowany jest jako giftset, ale dla mnie to świetna próbka. Dzięki niej wiem, że chcę pełnowymiarowe opakowania :-)

Zdjęcie przezornie zrobiłam w ubiegłym tygodniu. Dziś mam już tylko jedną saszetkę, więc nie byłoby co pokazywać ;-)
1. Nawilżająca maseczka śródziemnomorska z oliwą z oliwek. Delikatny zielony kolor oraz żelowa konsystencja. Wchłania się w całości, miło i naturalnie pachnie. Świetnie nawilża.
W ciągu ostatnich kilku dni uratowała mi życie - a właściwie skórę szyi, bo w wyniku alergii na penicylinę poparzyło mnie :-/ Dzięki maseczce skóra już się nie łuszczy, jest gładsza i nie piecze tak bardzo. Zniknęło też typowe dla takiej alergii zaczerwienienie.
2. "Tonująca" maseczka z minerałami z Morza Martwego. Gliniasta, ale bardzo ładnie się rozprowadza. Ma głeboki szary kolor i intensywny (bardzo intensywny!) morski zapach, który uwielbiam. świetnie łagodzi podrażnienia, wygładza i zwęża pory. Również wierna towarzyszka ostatnich trudnych dni.






3. Maseczka peel-off z sake i ryżem. Pachnie bardzo subtelnie. Ładnie oczyszcza. Ma biały kolor, dzięki czemu widać, czy usunęliśmy wszystko ;-) Nie przepadam za maseczkami tego typu - wciąż mam traumę po maseczce Efektima, która była nie tyle złuszczająca, co depilująca :/ - ale ta jest naprawdę przyzwoita i łagodna. Została mi ostatnia saszetka. Może umili mi dzisiejszy wieczór? :-)

sobota, 23 lipca 2011

Kończ waść!

Jeszcze go nie skończyłam, ale denko już widać, więc jeśli nie odkocham się w nim niespodziewanie - ukończę go przed 1 września :-D

Mowa o Lip Paint'cie marki Inglot.


Mój ma numerek 6 i jest kremowo-żelową szminką w kolorze ciepłej fuksji.










Lip Paint ma już swoje "lata", ale jak dziś pamiętam, że pani na inglotowym stoisku ostrzegała mnie, że nie jest do błyszczyk I bardzo dobrze, przecież szukałam szminki.

Kolor jest bardzo twarzowy i jak widać lekko transparentny. Tym produktem nie da się uzyskać efektu pełnego krycia bez nakładania grubej warstwy. Nawet ta gruba warstwa wygląda szalenie efektownie - usta zyskują winylowy połysk, który jest tym bardziej atrakcyjny, że produkt nie zawiera drobinek. Tyle, że taką grubą warstwę natychmiast zjadamy. Sprawdzi się więc tylko przy sesjach zdjęciowych. I pewno do tego został stworzony, bo nie ma szans w starciu z kubkiem kawy. O ciastku nie wspomnę.
Ale i tak go lubię :-)

piątek, 22 lipca 2011

Cud malina

Jadę ostatnio po produktach ze stajni Sephora, ale muszę dziś oddać im sprawiedliwość.
Oto czarny koń mojej kosmetyczki - błyszczyk Sephora.
Niestety - właśnie go wykończyłam.
(Brzmi to nieco makabrycznie).

Błyszczyk był bardzo wydajny. Dostałam go - a jakże, od Myszki - w okolicach Gwiazdki, a służył mi dzielnie i codziennie do dziś.

Bardzo przyjemny kosmetyk.

Posiada wszystkie cechy, za które mogłabym dać mu KWC, a które mojego TŻ doprowadzają do pasji:
- jest trwały
- ma półpłynną konsystencję
- cudownie słodki, owocowy smak
- ciekawy kolor - mój to różowy z niebieskimi drobinkami
- na ustach tworzy efekt tafli wody - usta wyglądają jak polakierowane.

Bardzo chętnie wrócę do tego błyszczyka, kiedy już rozprawię się z tymi, które mam w swoich zbiorach :-)

czwartek, 21 lipca 2011

Krótka piłka

A to już faktyczne zużycie.
I nie denko, ale DNO.














Tusz Collistara w kolorze Viola to kolejny tegoroczny prezent urodzinowy. Sama bym pewno nie kupiła tak wysokopółkowego tuszu, ale Myszka mnie rozpieszcza :*
Już sam fakt, że kosmetyk jest od Myszki klasyfikuje go na pozycji KWC. Niestety, ten tusz nie ma więcej plusów.

Na upartego można by zaliczyć do nich jego kolor - czysty, "wibrujący" fiolet. Mam bardzo jasne rzęsy, więc faktycznie było dobrze go widać. Ale co mi po kolorze, skoro noszenie tego tuszu to katorga?
Pomalowane nim rzęsy wyglądają dobrze tylko przez chwilę - zaraz potem upodabniają się do szczoteczki, która ten tusz nanosiła. Robią się sztywne i wyginają w dziwnych kierunkach - nic przyjemnego, taka rzęsa drapiąca gałkę oczną. Brrrr...

Choć tusz miał roczną gwarancję, to właśnie poszedł do kosza. Przygoda z nim to przypomnienie, że nie wszystko złoto, co się świeci.


Ciepło-zimno

Mam w planach kolejne "denko", które zrealizuję przed końcem wakacji.
Nie będzie z tym większego problemu, bo to produkt bardzo niewydajny i bardzo przydatny na co dzień.
Kolejne dziecko Sephory. Dość niesforne.
To Top Coat. Dostałam go na ostatnie urodziny (czyli pod koniec kwietnia/na początku maja). Od tego czasu używam go dość regularnie. Od miesiąca - co kilka dni. W tym momencie w buteleczce znajduje się połowa lakieru.
To mój pierwszy lakier nawierzchniowy, więc trudno mi go jednoznacznie ocenić. Na pewno nie jest twardzielem. Wręcz przeciwnie - to rasowy mięczak, który nieco rozpuszcza emalię. Efekt bardzo fajny w przypakdu craków - pęczkacz po pokryciu top coatem jakby na nowo ożywa i pęka jeszcze ładniej. Trochę gorzej to wypada w przypadku jednolitych emalii. Co ciekawe, lepiej reagują na niego lakiery matowe niż perłowe czy metaliczne.

Jedno jest pewne - choć produkt mnie nie zachwycił, to przekonał do lakierów nawierzchniowych. Płaszczyka z Spehory raczej nie kupię, ale na pewno będę uważnie przyglądała się ofercie innych marek.

A może macie jakieś typy?

środa, 20 lipca 2011

Banana Rama

Dzisiejszy dzień był przykry i męczący. Jestem o jedną "ósemkę" uboższa, mam cztery szwy i czuję się, jakby właśnie odstrzelono mi pół żuchwy. Jedyny plus tej sytuacji, to tygodniowa dieta lodowa :)


Sukcesów brak, więc kolejne "denko" na osłodę.

Wykończyłam bananową odżywkę do włosów z The Body Shop. Jest to miłe dopełnienie szamponu, nic więcej. Włosy nieco lepiej rozczesują się po myciu, są miękkie i obłędnie pachną bananami. Właściwie ten  zapach jest głównym atutem tego specyfiku. Może kupię w przyszłości, ale nie najbliższej. Teraz szukam odżywek "odżywiających" - ta niestety jest produktem typu "aspiryna" - nie szkodzi, ale raczej też nie pomaga.

PS. Odżywka jest bardzo wydajna - mój TŻ przez pomyłkę użył jej zamiast żelu pod prysznic. W dodatku był przekonany, że to żel "hotelowy", więc lał go lekką ręką :) A że mu się nie pieniła, to użył jej naprawdę sporo. A mimo to wystarczyła mi na 2,5 msc codziennego stosowania :-D