Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inglot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inglot. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2011

Takich dwóch, jak i trzech, nie ma ani jednego ;-)

Do Inglota mam dość ambiwalentne uczucia. Bardziej oziębłe, niż bałwochwalcze. Potrafię godzinami chodzić między ich stoiskami i nic dla siebie nie znaleźć. Jakoś polski MAC mnie nie powala, choć ma tyle fanek i zbiera niemal wyłącznie pochlebne opinie.
Nie lubię ich lakierów do paznokci. Za cieniami Inglota również nie szaleję. Wydają mi się jednowymiarowe i takie... nudne. A już najbardziej zraził mnie fakt, że wśród ich czerwieni nie ma ani jednego prawdziwie krwawego - wszystkie są "podbite" różem, co je całkowicie dyskwalifikuje.

Niemniej jednak trójeczka z niedostępnej już serii Integra zadomowiła się w mojej kosmetyczce i nie mam serca jej wyrzucić. To mój taki zestaw - poprzedni, złożony z samych turkusów zutylizowałam dość niedawno. Ten - brzoskwiniowa perła, matowy pomarańczowy ze złotym brokatem oraz satynowy spalony róż próbujący udawać czerwień - polubiłam.

Zestawu używam "falami" od trzech lat. Przezornie jego zdjęcie zrobiłam kilka dni temu - dziś nie ma już śladu po najjaśniejszym z cieni. A szkoda, bo chciałam wam pokazać kilka makijaży, które można wykonać tylko tym zestawem.
Jednak nic straconego - brakującą brzoskwinie mam zamiar zastąpić czymś z Paraguaya Sleek'a albo pobawić się pastelami z prezentowanej jakiś czas temu paletki Pool Coctail IsaDory.

sobota, 6 sierpnia 2011

Thriller kosmetyczny

Pamiętacie serial "Ekipa"? Dobra obsada i niezła intryga. Nikomu nieznany i nie związany z polityką wykładowca akademicki w wyniku partyjnych rozgrywek zostaje premierem na trudne czasy. W "Ekipie" widzimy pracę rządu i parlamentu od zaplecza - organizację sztabów wyborczych i sztabów kryzysowych, pracę biura prasowego i rzecznika, przetasowania oraz zgniłe kompromisy. Mamy też "aferę teczkową", demony przeszłości oraz... śmierć prezydenta w katastrofie lotniczej. A wszytko oddane dość wiernie i bez koloryzowania.

Czytając powieść "Kryptonim Ikar" Roberta Ludluma nie mogłam nie zauważyć zbieżności między nią, a "Ekipą". Niemal anonimy kongresman z 9-go okręgu Kolorado, Evan Kandrick, z dnia na dzień staje bohaterem narodowym i naturalnym kandydatem partii rządzącej na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. A wszystko to w wyniku intrygi tajnego stowarzyszenia bogatych technokratów. Zanim jednak Kendrick wkroczy w świat wielkiej polityki musi uporać się z islamskimi terrorystami. Będzie krwawo i zaskakująco. Jak to u Ludluma.
Jednym, ale za to poważnym zarzutem wobec powieści, jest dość powolne tempo. To akurat bardziej przytyk do wydawcy, niż autora - wydarzenia opisane na skrzydełku okładki kończą się na ... 316 stronie. Niezbyt zgrabny zabieg, jak na thriller, który ma trzymać w napięciu i zaskakiwać zwrotami akcji.

Jeśli ktoś potrzebuje mocniejszych wrażeń, to serdecznie polecam lakier, który odradzam ;)
Emalię Inglota (nr 307), która jest delikatnie perłową żółcią w kolorze kwiatu mimozy (podobny kolor promował w tym roku Chanel), dostałam jakiś czas temu w prezencie "przy okazji".
Dziś już wiem (z różnych źródeł), że darczyńca życzył i życzy mi jak najgorzej. Pewno ten lakier miał być pierwszym judaszowym pocałunkiem albo nożem w plecy.

Lakier nie zasycha. Nawet pierwsza cienka warstwa po kilku godzinach potrafi odgnieść się pod naciskiem... koca :)

Medal za odwagę i niefrasobliwość tej, która wyjdzie z domu z paznokciami pomalowanymi jedną warstwą tego żółtka.
Nawet trzy warstwy lakieru nie dają jednolitego koloru - prześwituje spod niego płytka paznokcia.

O tym, że nie ma takiej opcji, by te trzy warstwy kiedykolwiek zaschły, wspominać nie muszę.

Koszmar. Lakier poszedł do kosza.

Niewiarygodne - trzy warstwy lakieru i wciąż widać prześwity



A zaraz za nim pękacz Lovely. Brak mi słów na tego gniota.

Różowy jest chyba jakiś niedorobiony, bo za jednym zamachem kupiłam również żółty, a on zdaje zachowywać się poprawnie.






Ten tworzy skorupę, która nie zawsze pęka. Na pewno nie zdobi. Jego aplikacja to koszmar i wyścig z czasem - czy zdążę donieść pędzelek do płytki paznokcia, zanim pękacz zaschnie i zbryli się na pędzelku?

Bez żartów - gdybym potrzebowała skoków adrenaliny skakałabym ze spadochronem albo została przedszkolanką.

Ten bubel również wędruje do kosza.

Nierówne krycie, plamy i konsystencja budyniu. Lakier zasycha na pędzelku, zanim zdążę przenieść go na płytkę!

wtorek, 26 lipca 2011

Biskupio

Dziś również blado, bo "wyjściowo" i "dziennie". Ale bardziej kolorowo. Co Sleek, to Sleek.
Użyłam paletki Chaos. Już prościej się nie dało - zestawiłam biel i indyjski róż według mojej "teorii chaosu" ;)

Całość doprawiłam kreską z żelowego fioletowego linera Inglot.




Niby bladzioch, ale ma charakter :)

sobota, 23 lipca 2011

Kończ waść!

Jeszcze go nie skończyłam, ale denko już widać, więc jeśli nie odkocham się w nim niespodziewanie - ukończę go przed 1 września :-D

Mowa o Lip Paint'cie marki Inglot.


Mój ma numerek 6 i jest kremowo-żelową szminką w kolorze ciepłej fuksji.










Lip Paint ma już swoje "lata", ale jak dziś pamiętam, że pani na inglotowym stoisku ostrzegała mnie, że nie jest do błyszczyk I bardzo dobrze, przecież szukałam szminki.

Kolor jest bardzo twarzowy i jak widać lekko transparentny. Tym produktem nie da się uzyskać efektu pełnego krycia bez nakładania grubej warstwy. Nawet ta gruba warstwa wygląda szalenie efektownie - usta zyskują winylowy połysk, który jest tym bardziej atrakcyjny, że produkt nie zawiera drobinek. Tyle, że taką grubą warstwę natychmiast zjadamy. Sprawdzi się więc tylko przy sesjach zdjęciowych. I pewno do tego został stworzony, bo nie ma szans w starciu z kubkiem kawy. O ciastku nie wspomnę.
Ale i tak go lubię :-)