Dziś czuję się dość koszmarnie, więc przedstawię wam kolejny koszmarek mojej kosmetyczki - magnetyczną paletę Sephora.
Kupiłam ją sobie na początku maja jako spóźniony prezent urodzinowy - kosztowała niemało - w regularnej sprzedaży prawie 200zł, ale od czego są kupony zniżkowe dla stałych klientów.
Wiem, że teraz te palety są przecenie (i to sporej), ale mam nadzieję, że nikt się na nią nie skusi. A przynajmniej nikt, kto zakocha się w niej ze względu na cienie.
Ta złota rybka to figurka z tombaku.
Pięknie to wygląda, prawda? Czterdzieści malutkich cieni, pięć żelowych eyelinerów, piętnaście szminek i błyszczyków, cztery róże, dwa bronzery oraz magnetyczna kasetka na sześć małych i dwa duże moduły.
Jak widać na załączonym obrazku, paleta ma już pewne luki - sześć cieni, róż, bronzer wraz kasetką magnetyczną sprezentowałam Myszce (kochana, jeśli przysporzyłam Ci nimi zmartwień i uważasz je za badziew - wyrzuć bez żalu!). Ale to było jeszcze w fazie zadowolenia z zakupu. Dziś nikomu nie zrobiłabym takiej krzywdy.
Cienie przy bliższych oględzinach nie powalają feerią barw. To stonowane, brudne kolorki. W pudełku prezentują się dość sympatycznie. Swache na dłoni również. Za to oko wygląda w nich na zmęczone i blade. Mnie makijaż wykonany nimi dodawał lat..
O ile udał o mi się nimi umalować.
Cienie matowe to bladziochy, cienie perłowe lubiły tworzyć na powiece efekt łuski, zaś brokaty do powieki nie przywierały wcale. Zakup bazy nie zmienił niczego.
Połączenie cieni o różnym wykończeniu (np. perła +mat) nie wchodzi w grę. Nie łączą się i już.
Czas na pozytywnych bohaterów tej historii.
Żelowe eyelinery są bardzo przyzwoite. Czerń nie daje smolistego wykończenia, ale zarówno ona, jak i metaliczne szarość, czerń ze śliwką, brązowo-złoty oraz szmaragdowy mają gładką konsystencję, ładnie się rozprowadzają, nie tworzą smug. Zupełnie przyzwoite.
Są też lekkie i bardzo kremowe - da się je rozetrzeć na powiece i świetnie zastępują kolorową bazę.
Szminki i błyszczyki również nie dostaną nagany. Nie mam im nic do zarzucenia. Zróżnicowane kolory, stopień krycia i rodzaj wykończenia pozwalają na eksperymenty z makijażem ust. Są maleńkie, więc na pewno zużyję wszystkie.
Róże - pudrowy różowy, opalizujący beż oraz brzoskwinia ze złotym brokatem i bronzer są również bardzo w porządku. Służą mi dzielnie i jeszcze posłużą. Lubię zwłaszcza brzoskwiniowy - ładnie ożywia twarz, a brokat wcale nie wygląda tandetnie, tylko lekko rozświetla. Czyli jednak można zrobić dobry kosmetyk z brokatem.
Paletka ta jest moją największą kosmetyczną wpadką. To dzięki niej - zdesperowana, że mam tyle cieni, a tak naprawdę nie mam żadnego - sięgnęłam po Sleek'a :)
Postanowiłam, że wyjmę z niej róże, błyszczyki oraz eyelinery i przełożę do jakiejś magnetycznej kasety np Inglota, zaś pudło z cieniami oddam mamie. Ona na pewno wybierze z niej kilka szaraków. Mam tylko nadzieję, że mnie nie wyklnie ani nie wydziedziczy za ten prezent.
Duże dziewczynki mają większe potrzeby. Zakupoholizm wcale nie musi być patologiczny. Wystarczy ograniczyć się do kupowania tego, czego naprawdę się chce i co będzie cieszyć. Mam szafę wypchaną ubraniami i pękającą w szwach kosmetyczkę. Przy pomocy tego bloga postaram się z nich zrobić dobry użytek. Będę opisywać nie tylko swoje ciuchy i makijaże, ale również polecać lub odradzać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bubel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bubel. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 sierpnia 2011
sobota, 6 sierpnia 2011
Thriller kosmetyczny
Pamiętacie serial "Ekipa"? Dobra obsada i niezła intryga. Nikomu nieznany i nie związany z polityką wykładowca akademicki w wyniku partyjnych rozgrywek zostaje premierem na trudne czasy. W "Ekipie" widzimy pracę rządu i parlamentu od zaplecza - organizację sztabów wyborczych i sztabów kryzysowych, pracę biura prasowego i rzecznika, przetasowania oraz zgniłe kompromisy. Mamy też "aferę teczkową", demony przeszłości oraz... śmierć prezydenta w katastrofie lotniczej. A wszytko oddane dość wiernie i bez koloryzowania.
Czytając powieść "Kryptonim Ikar" Roberta Ludluma nie mogłam nie zauważyć zbieżności między nią, a "Ekipą". Niemal anonimy kongresman z 9-go okręgu Kolorado, Evan Kandrick, z dnia na dzień staje bohaterem narodowym i naturalnym kandydatem partii rządzącej na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. A wszystko to w wyniku intrygi tajnego stowarzyszenia bogatych technokratów. Zanim jednak Kendrick wkroczy w świat wielkiej polityki musi uporać się z islamskimi terrorystami. Będzie krwawo i zaskakująco. Jak to u Ludluma.
Jednym, ale za to poważnym zarzutem wobec powieści, jest dość powolne tempo. To akurat bardziej przytyk do wydawcy, niż autora - wydarzenia opisane na skrzydełku okładki kończą się na ... 316 stronie. Niezbyt zgrabny zabieg, jak na thriller, który ma trzymać w napięciu i zaskakiwać zwrotami akcji.
Jeśli ktoś potrzebuje mocniejszych wrażeń, to serdecznie polecam lakier, który odradzam ;)
Emalię Inglota (nr 307), która jest delikatnie perłową żółcią w kolorze kwiatu mimozy (podobny kolor promował w tym roku Chanel), dostałam jakiś czas temu w prezencie "przy okazji".
Dziś już wiem (z różnych źródeł), że darczyńca życzył i życzy mi jak najgorzej. Pewno ten lakier miał być pierwszym judaszowym pocałunkiem albo nożem w plecy.
Lakier nie zasycha. Nawet pierwsza cienka warstwa po kilku godzinach potrafi odgnieść się pod naciskiem... koca :)
Medal za odwagę i niefrasobliwość tej, która wyjdzie z domu z paznokciami pomalowanymi jedną warstwą tego żółtka.
Nawet trzy warstwy lakieru nie dają jednolitego koloru - prześwituje spod niego płytka paznokcia.
O tym, że nie ma takiej opcji, by te trzy warstwy kiedykolwiek zaschły, wspominać nie muszę.
Koszmar. Lakier poszedł do kosza.
A zaraz za nim pękacz Lovely. Brak mi słów na tego gniota.
Różowy jest chyba jakiś niedorobiony, bo za jednym zamachem kupiłam również żółty, a on zdaje zachowywać się poprawnie.
Ten tworzy skorupę, która nie zawsze pęka. Na pewno nie zdobi. Jego aplikacja to koszmar i wyścig z czasem - czy zdążę donieść pędzelek do płytki paznokcia, zanim pękacz zaschnie i zbryli się na pędzelku?
Bez żartów - gdybym potrzebowała skoków adrenaliny skakałabym ze spadochronem albo została przedszkolanką.
Ten bubel również wędruje do kosza.
Czytając powieść "Kryptonim Ikar" Roberta Ludluma nie mogłam nie zauważyć zbieżności między nią, a "Ekipą". Niemal anonimy kongresman z 9-go okręgu Kolorado, Evan Kandrick, z dnia na dzień staje bohaterem narodowym i naturalnym kandydatem partii rządzącej na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. A wszystko to w wyniku intrygi tajnego stowarzyszenia bogatych technokratów. Zanim jednak Kendrick wkroczy w świat wielkiej polityki musi uporać się z islamskimi terrorystami. Będzie krwawo i zaskakująco. Jak to u Ludluma.
Jednym, ale za to poważnym zarzutem wobec powieści, jest dość powolne tempo. To akurat bardziej przytyk do wydawcy, niż autora - wydarzenia opisane na skrzydełku okładki kończą się na ... 316 stronie. Niezbyt zgrabny zabieg, jak na thriller, który ma trzymać w napięciu i zaskakiwać zwrotami akcji.
Jeśli ktoś potrzebuje mocniejszych wrażeń, to serdecznie polecam lakier, który odradzam ;)
Emalię Inglota (nr 307), która jest delikatnie perłową żółcią w kolorze kwiatu mimozy (podobny kolor promował w tym roku Chanel), dostałam jakiś czas temu w prezencie "przy okazji".
Dziś już wiem (z różnych źródeł), że darczyńca życzył i życzy mi jak najgorzej. Pewno ten lakier miał być pierwszym judaszowym pocałunkiem albo nożem w plecy.
Lakier nie zasycha. Nawet pierwsza cienka warstwa po kilku godzinach potrafi odgnieść się pod naciskiem... koca :)
Medal za odwagę i niefrasobliwość tej, która wyjdzie z domu z paznokciami pomalowanymi jedną warstwą tego żółtka.
Nawet trzy warstwy lakieru nie dają jednolitego koloru - prześwituje spod niego płytka paznokcia.
O tym, że nie ma takiej opcji, by te trzy warstwy kiedykolwiek zaschły, wspominać nie muszę.
Koszmar. Lakier poszedł do kosza.
| Niewiarygodne - trzy warstwy lakieru i wciąż widać prześwity |
Różowy jest chyba jakiś niedorobiony, bo za jednym zamachem kupiłam również żółty, a on zdaje zachowywać się poprawnie.
Ten tworzy skorupę, która nie zawsze pęka. Na pewno nie zdobi. Jego aplikacja to koszmar i wyścig z czasem - czy zdążę donieść pędzelek do płytki paznokcia, zanim pękacz zaschnie i zbryli się na pędzelku?
Bez żartów - gdybym potrzebowała skoków adrenaliny skakałabym ze spadochronem albo została przedszkolanką.
Ten bubel również wędruje do kosza.
| Nierówne krycie, plamy i konsystencja budyniu. Lakier zasycha na pędzelku, zanim zdążę przenieść go na płytkę! |
czwartek, 4 sierpnia 2011
Czysta sprawa
Ku przestrodze.
O parzących właściwościach kosmetyków Alterra trochę już było na blogach.
Skuszona niską ceną, ekstraktem z aloesu i przekonaniem, że mnie się nic nie stanie kupiłam te cholerne chusteczki do demakijażu.
Używałam ich przez 10 (słownie: dziesięć) dni. W tym czasie 2 (dwa) razy dostałam lekkiej reakcji alergicznej. Ostatniej - w dniu wyjazdu na wakacje. Moją biedną łabędzią szyję zdobiły/szpeciły czerwone wykwity. Zniknęły po kilku godzinach, ale niesmak pozostał.
Chusteczki wylądowały w koszu.
Chyba jednak nie odważę się na dalsze eksperymenty z tą marką i zacznę uczyć się na błędach innych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)