Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sephora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sephora. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 sierpnia 2011

Biała dama

Kolejne denko -o ile kredka może mieć dno. Właśnie zużyłam do granic możliwości zatemperowania białą matową kredkę Sephora. Służyła mi dzielnie prawie rok. Wiele przeszła - gubiła się i odnajdywała. Zdradzałam ją na rzecz innych, ale z żadną nie było tak samo.

Jest kredowo biała, idealnie kryje, jest dość miękka, ale nie maże się. Idealna na linię wodną, choć kreska jest wyraźna. Nie raz ratowała mnie przed wyglądem zombi po nieprzespanej nocy. Idealna.

Całe szczęście - w końcu obiecałam do ostatniego dnia grudnia nie kupować żadnego kosmetyku kolorowego - w zapasie czeka kolejna. Nowiutka, jeszcze zafoliowana, kupiona w bardziej tłustych czasach. 


sobota, 27 sierpnia 2011

Szpachla

 Zapytacie pewno, czemu ten makijaż taki blady. Zapewniam was, że po godzinie noszenia, jest jeszcze bledszy... ;-)


Dziś prezentują wam prawdziwą szpachlę czyli makijaż, który robię sobie na budowę. Nie raz wspominałam wam, że ja i TŻ remontujemy sami nasze gniazdko. Mieszkanko jest małe, ale wymagało kapitalnego remontu - łącznie ze zrywaniem podług, wymianą okien i burzeniem ścian. To wszystko - a nawet więcej, bo też podłogi, gładziowanie, malowanie, glazurę i terakotę oraz wszystkie meble - robimy sami. To znaczy TŻ robi, a ja mu tylko asystuję i podaję śrubki ;-)

 Maluję się na budowę z dwóch powodów:

- Żeby nie wyglądać jak zmora - wymazana farbą i oprószona tynkami straszę, więc blada twarz bez wyrazu jest zbędna.

- żeby ochronić skórę - moje dłonie i przedramiona pomimo częstego stosowania przeze mnie kremów nawilżających są podrażnione i przesuszone. Nie chcę, żeby to samo spotkało moją cerę. Wolę, żeby przez cały dzień oblepiał ją podkład i puder, niż gładź szpachlowa czy niemiłosiernie kapiący z sufitu grunt.
Tak samo jest z rzęsami - zauważyłam, że jeśli pomaluję je maskarą, to opiłki i okruchy zatrzymują się na rzęsach, a nie wpadają do oka.

:)

Nie wspomnę już o tym, że do budowlanego makijażu używam kosmetyków, których nie lubię i chcę je już skończyć, jak np. paletę Sephory. Nie mam serca jej wyrzucić (budzi się we mnie sknera), ale też nie nadaje się do "wyjściowego" makijażu. Więc na budowę jak znalazł ;-)


Nie ukrywam, że remont jest jednym z głównych powodów małego przestoju w blogowaniu. Za kilka dni (przeprowadzkę planujemy na przyszły weekend) wszystko - także moja aktywność - powinno wrócić do normy :)

wtorek, 16 sierpnia 2011

Smoke gets in your eyes

Dziś szaro-buro, wiec i makijaż w stonowanych kolorach.

Powoli przymierzam się do okiełznania jesiennych trendów.

Za kilka dni pewnie będę gotowa do zrobienia postu o tym, czym i jak będę malowała się tej jesieni :)




piątek, 12 sierpnia 2011

Pudrowa dziewica

Dziś czuję się dość koszmarnie, więc przedstawię wam kolejny koszmarek mojej kosmetyczki - magnetyczną paletę Sephora.

Kupiłam ją sobie na początku maja jako spóźniony prezent urodzinowy - kosztowała niemało - w regularnej sprzedaży prawie 200zł, ale od czego są kupony zniżkowe dla stałych klientów.

Wiem, że teraz te palety są przecenie (i to sporej), ale mam nadzieję, że nikt się na nią nie skusi. A przynajmniej nikt, kto zakocha się w niej ze względu na cienie.

Ta złota rybka to figurka z tombaku.

Pięknie to wygląda, prawda? Czterdzieści malutkich cieni, pięć żelowych eyelinerów, piętnaście szminek i błyszczyków, cztery róże, dwa bronzery oraz magnetyczna kasetka na sześć małych i dwa duże moduły.

Jak widać na załączonym obrazku, paleta ma już pewne luki - sześć cieni, róż, bronzer wraz kasetką magnetyczną sprezentowałam Myszce (kochana, jeśli przysporzyłam Ci nimi zmartwień i uważasz je za badziew - wyrzuć bez żalu!). Ale to było jeszcze w fazie zadowolenia z zakupu. Dziś nikomu nie zrobiłabym takiej krzywdy.


Cienie przy bliższych oględzinach nie powalają feerią barw. To stonowane, brudne kolorki. W pudełku prezentują się dość sympatycznie. Swache na dłoni również. Za to oko wygląda w nich na zmęczone i blade. Mnie makijaż wykonany nimi dodawał lat..
O ile udał o mi się nimi umalować.
Cienie matowe to bladziochy, cienie perłowe lubiły tworzyć na powiece efekt łuski, zaś brokaty do powieki nie przywierały wcale. Zakup bazy nie zmienił niczego.
Połączenie cieni o różnym wykończeniu (np. perła +mat) nie wchodzi w grę. Nie łączą się i już.
Czas na pozytywnych bohaterów tej historii.
Żelowe eyelinery są bardzo przyzwoite. Czerń nie daje smolistego wykończenia, ale zarówno ona, jak i metaliczne szarość, czerń ze śliwką, brązowo-złoty oraz szmaragdowy mają gładką konsystencję, ładnie się rozprowadzają, nie tworzą smug. Zupełnie przyzwoite.
Są też lekkie i bardzo kremowe - da się je rozetrzeć na powiece i świetnie zastępują kolorową bazę.

Szminki i błyszczyki również nie dostaną nagany. Nie mam im nic do zarzucenia. Zróżnicowane kolory, stopień krycia i rodzaj wykończenia pozwalają na eksperymenty z makijażem ust. Są maleńkie, więc na pewno zużyję wszystkie.




Róże - pudrowy różowy, opalizujący beż oraz brzoskwinia ze złotym brokatem i bronzer są również bardzo w porządku. Służą mi dzielnie i jeszcze posłużą. Lubię zwłaszcza brzoskwiniowy - ładnie ożywia twarz, a brokat wcale nie wygląda tandetnie, tylko lekko rozświetla. Czyli jednak można zrobić dobry kosmetyk z brokatem.

Paletka ta jest moją największą kosmetyczną wpadką. To dzięki niej - zdesperowana, że mam tyle cieni, a tak naprawdę nie mam żadnego - sięgnęłam po Sleek'a :)
Postanowiłam, że wyjmę z niej róże, błyszczyki oraz eyelinery i przełożę do jakiejś magnetycznej kasety np Inglota, zaś pudło z cieniami oddam mamie. Ona na pewno wybierze z niej kilka szaraków. Mam tylko nadzieję, że mnie nie wyklnie ani nie wydziedziczy za ten prezent.

piątek, 22 lipca 2011

Cud malina

Jadę ostatnio po produktach ze stajni Sephora, ale muszę dziś oddać im sprawiedliwość.
Oto czarny koń mojej kosmetyczki - błyszczyk Sephora.
Niestety - właśnie go wykończyłam.
(Brzmi to nieco makabrycznie).

Błyszczyk był bardzo wydajny. Dostałam go - a jakże, od Myszki - w okolicach Gwiazdki, a służył mi dzielnie i codziennie do dziś.

Bardzo przyjemny kosmetyk.

Posiada wszystkie cechy, za które mogłabym dać mu KWC, a które mojego TŻ doprowadzają do pasji:
- jest trwały
- ma półpłynną konsystencję
- cudownie słodki, owocowy smak
- ciekawy kolor - mój to różowy z niebieskimi drobinkami
- na ustach tworzy efekt tafli wody - usta wyglądają jak polakierowane.

Bardzo chętnie wrócę do tego błyszczyka, kiedy już rozprawię się z tymi, które mam w swoich zbiorach :-)

czwartek, 21 lipca 2011

Ciepło-zimno

Mam w planach kolejne "denko", które zrealizuję przed końcem wakacji.
Nie będzie z tym większego problemu, bo to produkt bardzo niewydajny i bardzo przydatny na co dzień.
Kolejne dziecko Sephory. Dość niesforne.
To Top Coat. Dostałam go na ostatnie urodziny (czyli pod koniec kwietnia/na początku maja). Od tego czasu używam go dość regularnie. Od miesiąca - co kilka dni. W tym momencie w buteleczce znajduje się połowa lakieru.
To mój pierwszy lakier nawierzchniowy, więc trudno mi go jednoznacznie ocenić. Na pewno nie jest twardzielem. Wręcz przeciwnie - to rasowy mięczak, który nieco rozpuszcza emalię. Efekt bardzo fajny w przypakdu craków - pęczkacz po pokryciu top coatem jakby na nowo ożywa i pęka jeszcze ładniej. Trochę gorzej to wypada w przypadku jednolitych emalii. Co ciekawe, lepiej reagują na niego lakiery matowe niż perłowe czy metaliczne.

Jedno jest pewne - choć produkt mnie nie zachwycił, to przekonał do lakierów nawierzchniowych. Płaszczyka z Spehory raczej nie kupię, ale na pewno będę uważnie przyglądała się ofercie innych marek.

A może macie jakieś typy?

środa, 20 lipca 2011

Rewers

Spodobało mi się to połączenie kolorystyczne, więc zrobiłam sobie nagrodę pocieszenia czyli makijaż - rewers :D

Op-art

Dwie plamy koloru wykonane na fali zużywania upiornej paletki Sephora.


O dziwo, wygląda dobrze i da się wyjść w tym z domu :)



wtorek, 19 lipca 2011

Narzędzie tortur

Przedstawiam wam dziś jeden z najczarniejszych charakterów z mojej kosmetyczki.
Postrach makijażowego bestiariusza. Paletkę 5in1 Sephora.


Z tego co wiem, to już kolejny odcinek tego koszmarku. Horroru, który zapowiadał się na tkliwy romans albo chociaż komedię romantyczną. Niestety, dziś będzie bez czułych słówek.
Paletkę kupiłam w grudniu, w swoim przedblogowy życiu. Wydałam na nią równowartość 13 paczek papierosów albo 4 paletek Sleek. Wówczas byłam z niej bardzo zadowolona. Mój zachwyt jednak stopniowo malał, aż w końcu zmienił się w niechęć.

5in1 w oryginale składało się z 5 zróżnicowanych kolorystycznie minipaletek i 1 kasetki "podróżnej". Zarówno duża, jak i mała kaseta miały lusterko wielkości jednej paletki. Czas przeszły jest jak najbardziej na miejscu, albowiem mała paletka zakończyła swój żywot, łamiąc się w pół po trzech miesiącach użytkowania.
W sumie 50 cieni, 10 błyszczyków i 5 róży. Zdawałoby się, że zestaw nie do zdarcia. Nic bardziej mylnego. Cienie kruszą się, pulą, o obsypywaniu podczas aplikacji nie wspomnę. Postrachem są odcienie brokatowe nawet aplikacja na mokro przy pomocy palca nie gwarantuje nam uniknięcia efektu "bombkowych policzków". Kiedy w którymś z ocieni pojawi się denko, możemy być pewne, że cienia wystarczy na kolejne dwie aplikacje  nawet delikatne muskanie go pędzelkiem nie uchroni cienia przed rozkruszeniem.
Róże do policzków, szminki i szminko-błyszczyki to moim zdaniem pozytywne postacie tej paletki - mają dobrą pigmentację, przyzwoite kolory i przyjemnie się ich używa. Tylko ze względu na nie paletka wciąż u mnie jest. Kiedy się z nimi rozprawię - bez żalu oddam ją mamie albo zutylizuję.

Na zdjęciach i w przyrodzie brak paletki z odcieniami pastelowymi. Zużyłam ją. A to, czego nie zużyłam zostało wdeptane w podłogę.

A oto pierwszy z modułów, który pozostał. Paletka bardzo naturalna i neutralna. Moim zdaniem za dużo pereł, za mało matów - tylko 4.
Został mi tylko brunatny mat - nie do połączenia z innymi, zwłaszcza perłowymi kolorami, znośna perłowa patyna, nużący perłowy szary-beż oraz miedź-pylica.
W komplecie były jeszcze:matowa czerń (pokruszyła się), perłowy brunatny (tak samo), karmelowy matowy brąz - zużyłam, jasna miedź - zużyłam, dwa cieliste - matowy i opalizujący - zużyłam.
Została mi również resztka bardzo przyjemnej szminki w kolorze rubinowym. Jej sąsiadkę - indyjski róż - zużyłam.
Swoich dni niedługo doczeka również świetny matowy róż w kolorze beżowo - różowym. Bajeczny. Bardzo "blondyński" i naturalny.
A to moduł, który w nazwie miał coś z "bohemian". Zestawu używałam namiętnie przez całą zimę. Wymalowałam cały matowy cień w kolorze kości słoniowej, metalicznej bieli (nie mam pojęcia jak to zrobiłam) oraz starego złota. Zostały jeszcze dwa srebra, dwa wrzosy, brązowo- beżowa perła, oraz dwa granaty - matowy i brokatowy. Z lekkim sercem odpuszczę sobie dalsze obcowanie z nimi.
Dobrnę za to do denka szminek w kolorze czekolady i ciepłej czerwieni oraz różu w kolorze czerwonego wina ze złotymi drobinkami.
Przed wami paletka "imprezowa". Dużo topornych brokatów, dwa matowe cienie. Te rodzynki to szmaragdowa zieleń oraz purpura. Dobrnęłam do denka żółtego złota, które ma ładny kolor, ale nie kryje. Niezły jest ten pomarańcz, ale srebrny brokat nie dość, że sypie się na policzki, to jeszcze drapie. Identycznie sprawa wygląda z pozostałymi trzema zieleniami i różem. Dość przyjemne są za to dwa najjaśniejsze cienie - opalizujący cielisty beż oraz biel opalizująca na niebiesko. Raczej je zużyję.
Do gustu przypadł mi również landrynkowy róż (dobrze wygląda z bronzerem) oraz oba błyszczyki (ten na górze opalizuje na niebiesko).






A to piękność nocy - postrach dnia. Cała jest tak dramatyczna w użytkowaniu, że nawet nie chce mi się jej opisywać.

Różowo-miętowy

Nadal jestem obrażona na kosmetyki marki Sephora. Ale wciąż z nimi walczę - w końcu za palety zapłaciłam równowartość 10 paletek Sleek.

Powoli tracę do nich cierpliwość, ale duma i honor nie pozwalają mi tak po prostu odpuścić.
Całkiem niedawno na blogu makijażowym Sephory widziałam zajawkę stepiku do makijażu w kolorach różowym i zielonym. Sam filmik olałam, za to zdecydowałam się w ramach zemsty zrobić lepszy makijaż ;)






Cienie z paletki 5in1 Spehora podrasowałam bielą opalizująca na zielono od Bourjois (mój kolejny zakupowy nie wypał).

sobota, 16 lipca 2011

Pawie oczko i wielka złość

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby malować się cieniami z paletki Sephora. Pewno baza Virtual, która wszystkie cienie trzyma ładnie. A może te cienie wcale nie są takie podłe, tylko Sleek mnie rozpieścił i rozbestwił?

Chciałam zrobić sobie kolorowe pawie oczko. Namachałam się, natrudziłam. Dobrałam piękne kolory i pracowicie je blendowałam. Efekt - same widzicie. Tym razem to nie jest wina zdjęć. Ten makijaż naprawdę wyszedł tak blado. :-(











Może jeszcze dziś starczy mi energii i dobrej woli, by zmalować ten sam makijaż przy użyciu innych cieni. Jeśli tak, to wrzucę go dla porównania.

niedziela, 10 lipca 2011

Diva of Geneva - look


Zarówno książka Ludluma, jak i śliwkowy lakier OPI ;-) zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłam zrobić sobie dziś inspirowane nimi oko ;-)

Tak powstał Diva of Geneva look, który jest makijażem zupełnie nie w moim stylu (choćby z powodu ciemnej kredki na linii wodnej), choć finalny efekt bardzo mi się podoba.

Makijaże jest również wyrazem mojej heroicznej walki z paletką 5in1 Sephora, którą postanowiłam szczęśliwie dokończyć w ramach Denko Prodżek :-)
Bez przekleństw się nie obyło.
Pod łukiem brwiowym roztarłam jasny, dość jaskrawy złoty cień. Na ruchomą powiekę nałożyłam cień w kolorze patyny, zaś załamanie powieki podkreśliłam miedzianym. Ten sam miedziany cień nałożyłam na dolną powiekę (wcześniej pokrytą białą perłową kredką Golden Rose). 

Wyczyściłam okolice oka za okruchów cieni, ponownie wklepałam podkład (inaczej się nie dało), a następnie długo i mozolnie próbowałam dołożyć w zewnętrzny kącik oka matowy cień w kolorze brunatnym. Efekt akceptowalny.

Brązową kredką H&M w kolorze Chocolate narysowałam kreski na linii wodnej oka oraz na górnej powiece.
Rzęsy wytuszowałam czarną maskarą Rimmel.
Brwi zostawiłam gołe i białe ;-)



Całość wyszła modna i złota. Na pewno spróbuję zrobić ten makijaż lepszymi i bardziej skorymi do współpracy cieniami :-)

Wpadł mi w oko jeans

Kolejne denko na koncie. O ile w przypadku kredki do oczu można mówić o denku ;-)

Zużycie wykonałam na mojej ulubionej ostatnio kredce do oczu - mazidle w metalicznym kolorze denimu od Sephory.
Kredek do oczu używam rzadko i specyficznie - obrysowuję nimi tylko zewnętrzną część dolnej powieki tuż przy linii rzęs. Nic więc dziwnego, że choć kredka malutka i krótka, starczyła mi na około dwa lata.








Będę chyba musiała przeprosić się z Sephorą i jej flagowymi produktami, bo to najlepsza kredka do powiek jaką miałam. Miękka, ale nie mazała się. Dawała ładną linię w nasyconym kolorze lub lekką mgiełkę. Co do trwałości również nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Na pewno w ciągu kilku najbliższych dni wybiorę się po kolejną w tym samym kolorze. Stalowy granat dla popielatej blondynki jest zdecydowanie lepszy niż czerń czy brąz.
I pewno kupię białą matową do kompletu ;-)

PS. Mała zapowiedź - już do mnie idą dwie paletki Sleek'a (Curacao i Original), które  niezwłocznie wam pokaże. Testuję też serum do paznokci od Lovely. Wyniki kuracji wnikliwie przedstawię ;-)

wtorek, 5 lipca 2011

Blue Velvet

 Mój TŻ próbuje mnie ostatnio odchamiać i pokazuje filmy, które powinnam obejrzeć. Wszystko to podobno klasyka, ale gdy wymienia tytuły robię wielkie oczy.

Z osiągnięciami kinematografii jestem zdecydowanie do tyłu. Dużo czytam, filmy często mnie nużą. Całe szczęście mój TŻ ma dobry gust i niemal wszystko, co mi pokazuje, podoba mi się.

Ostatnio przerabiamy Lyncha. Widziałam już "Dzikość serca" (niedługo makijaż inspirowany tym filmem) oraz "Blue Velvet". Ten ostatni i Isabella Rossellini są inspiracją dla tego makijażu :-D
Wykonałam go przy użyciu cieni z koszmarnej paletki 5in1 Sephora.

Pierwsze dwa zdjęcia zostały zrobione w sztucznym łazienkowym świetle. Kolejne w dziennym, choć wieczornym ;-)

Na przypudrowanej powiece zamiast bazy (której nadal nie posiadam) roztarłam białą perłową kredkę Golden Rose.

Na środkową część górnej powieki nałożyłam palcem brokatowy cień w kolorze morskiego niebieskiego. Palcem - bo inaczej się nie da. Ten cholerny brokat sypie się koszmarnie - na kolejnych zdjęciach widać, że mam go wszędzie, tylko nie na powiekach.
Cień wklepywałam aż do załamania powieki. Wewnętrzny i zewnętrzny kącik oka zostawiłam "gołe".

W zewnętrznym kąciku nałożyłam kuliście zakończonym pędzelkiem matowy granatowy cień. Roztarłam go tak, by zaznaczył załamanie powieki i wymodelował zewnętrzną krawędź. Użyłam go naprawdę niewiele.
 Wytarłam pędzelek w dżinsy i w wewnętrznym kąciku nałożyłam bardzo jasny srebrny cień. Dobrze go roztarłam, tak by w załamaniu powieki połączył się z granatem.


Dużym płaskim pędzelkiem roztarłam nieco granat, tak żeby skorygować kształt powieki i nałożyłam nim pod łukiem brwiowym biały cień opalizujący na niebiesko.

Zapaliłam papierosa, wzięłam łyk zimnej kawy i przystąpiłam do najtrudniejszego zadania. Kulistym pędzelkiem nabrałam odrobinkę czarnego cienia ze srebrnym brokatem. Po chwili namysłu zaczęłam energicznie potrząsać pędzelkiem w celu usunięcia brokatu.

Pędzelek się rozpadł, ale udało mi się nie tylko osadzić końcówkę na trzonku, ale i zaaplikować czerń.

 W zewnętrznym dolnym kąciku narysowałam cienką i krótką kreską kredką w kolorze denimu. Pokryłam ją odrobiną granatowego cienie. Na wewnętrzną część dolnej powieki nałożyłam cielisty beż.

Niestety zapomniałam wytrzeć pędzelka i wyszło niebiesko.

Wnętrze oka wybieliłam kredką Sephora, a po kwadransie dłubania w skamieniałym żelowym eyelinerze Inglota udało mi się nim namalować czarną kreskę na górnej powiece.

Na koniec wytuszowałam rzęsy czarną maskarą Rimmel. Udało mi się nie wyjąć oka szczoteczką.



Oto efekt. Sztuka wymaga poświęceń, ale wydaje mi się, że było warto.





Zdjęcia tradycyjnie z ręki  i bez retuszu.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Szarak

Walczę ze sleekowym nałogiem. W ramach próby "ciekawe jak poradzę sobie bez Sleeka i czy potrafię jeszcze malować się swoimi starymi cieniami" sięgnęłam po swoją mocno już sfatygowaną i nie raz przeklętą paletkę 5 in 1 Sephora.
Ruchomą powiekę pokryłam perłowym jasnym szaro-brązowym cieniem, a załamanie powieki i zewnętrzny dolny kącik przyciemniłam matowym brunatnym. Pod łukiem brwiowym roztarłam matowy cielisty beż.


Całość wyglądała smutno i blado, więc dodałam kreskę żelowego eyelinera w kolorze metalicznej zieleni z magnetyczne palety Sephora.


Rzęsy wytuszowałam czarną maskarą Rimmel (to chyba jej ostatnie dni), a linię wodną rozjaśniłam białą kredką Sephora.





Nadal jest szaro, ale pogoda za oknem nie sprzyja kolorowym wariacjom.

wtorek, 28 czerwca 2011

Całkiem spora syrenka i potwór z bagien

W ferworze porządków i przekopywania sterty ciuchów oraz kosmetyków, które udało mi się zgromadzić znalazłam kilka zaskakujących rzeczy. Część z nich jest tak żenująca, że aż chce mi się płakać, ale niektóre są całkiem zabawne.

Na dnie szafy odnalazłam zagubioną kilka tygodni temu koszulkę z syrenką. Koszulka jest lekko złachana, nieco sprana i dość obcisła, czyli ma wszystkie znamiona, jakie powinna nosić rzecz kupiona w ciucholandzie. O ile dobrze pamiętam, kosztowała mnie okrągłe osiem złotych. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna.


Nabyłam ją z myślą o meczach, ale nadruk syrenki (nie oszukujmy się - to tylko kontur półnagiej baby z rybim ogonem) sprawił, że znalazła się na szczycie listy moich faworytów. A teraz, cudownie odnaleziona koszulka marnotrawna, potrzebuje odpowiedniej oprawy.

Taaa dam!

Makijaż oczu wykonałam głównie cieniami znienawidzonej już przeze mnie (choć mocno zużytej) palety 5 in 1 Sephora. Używam resztek pochodzących z edycji zima 2010. O samej palecie napiszę w oddzielnym poście.



Oczy:
- cienie z palety 5 in 1 - jasny szaro-brązowy, ciemna butelkowa zieleń, soczysty zielony, beżowy perłowy,
- turkusowy cień Isa Dora z quada Copacabana,
- fioletowo-niebieski żelowy eyeliner Inglot (kol.82),
- mascara Infinito Collistar kol. Viola,
- biała kredka Sephora do wnętrza oka.

Usta:
- mleczno-bezowy błyszczyk z palety 5 in1.

Twarz:
- krem tonujący Under Twenty (wiem, że to żałosne -w moim wieku! - ale ma idealny dla mnie kolor),
- puder Bourjois kol. 73,
- korektor w pisaku Essence nr 03,
- róż w kolorze koralowym z palety 5 in 1.

 Moja "syrenia" fryzura czyli niewyprostowane włosy :-D







 A to oko w ciemnym sztucznym świetle.






Do kompletu kolejne wykopalisko - tytułowy potwór z bagien czyli lakier Vipery - Creation Nail Design w kolorze 548. Numerek ten to nic innego, jak zakodowana nazwa "matowa ciemna morska zieleń" ;-)


Boski, prawda? ;-) Całe szczęście, według daty ważności mogę go używać jeszcze do listopada (ciekawe co stałoby się w grudniu? odpadłyby mi palce?...). Producent zaleca nakładanie dwóch warstw lakieru. Niestety, producent najwyraźniej nie używał tego odcienia.
Jedna warstwa daje efekt paznokci topielca wyciągniętego z Narwi po dziewięciu dniach leżakowania. Druga, sprawia, że postronny obserwator może myśleć, że mamy wyjątkowo egzotyczną odmianę grzybicy. Dopiero trzecia daje równy, gładki i "soczysty" kolor. Mam nadzieję, że starczy mi cierpliwości. Bo lakieru na pewno - butla ma aż 10 ml.