Dzisiejszy post jest dowodem mojego heroizmu w testowaniu nowych kosmetyków i przeprowadzaniu Denko Prodżekt.
Niestety, zwykle w historiach o herosach, główny bohater ginie rozszarpany przez lwy albo przygnieciony przez wielki kamień. Po zużyciu serum z wapniem od Lovely pojawienie się u mnie myśli samobójczych byłoby w pełni uzasadnione.
Nie raz już pisałam, że moje paznokcie nie wyglądają najlepiej. Nie jestem w stanie ich zapuścić ani doprowadzić do porządku. Odkąd pamiętam - a ostatnio film się nie urywa ;) - rozdwajają się i potrafią złamać nawet w połowie płytki. Noszę je równo przycięte przy skórze niedbale pociągnięte kolorową emalią. Zaś od czasu, kiedy zostałam pomocnikiem murarskim mojego TŻ moje dłonie wyglądają, jakbym całe dorosłe życie spędziła na budowie.
Na fali dbania o siebie ( ten blog jednak motywuje) i nieprzemijającej fascynacji paznokciami mojej Teściowej oraz Klepoatre, postanowiłam poświęcić własnym trochę uwagi.
Na pierwszy rzut wybrałam właśnie serum od Lovely. Podstawowymi kryteriami wyboru były cena (prosty przeliczniki - butelka NailTek Hydracośtam II to koszt jednej raty za pralkę lub siedmiu paczek papierosów ;) oraz magiczna naklejka na wieczku - Kosmetyk Wszech Czasów Wizaż.pl.
Wapniak ma konsystencję, kolorek i zapach kisielu. Paznokcie zdają się go pić, więc nie było przeciwwskazań, aby wieczorem nałożyć kilka warstw - niech się biedna, zmaltretowana płytka odżywi.
Zwłaszcza, że Wizażanki tak robią. I im pomaga. Podobno wybiela też płytkę paznokcia, pielęgnuje skórki, zaś paznokcie czyni mocnymi i elastycznymi.
Po 10 dniach moje paznokcie przestały się rozdwajać, a zaczęły po prostu kruszyć. Końcówki paznokci faktycznie wyglądały jak po "frenczu", ale za to resztę płytki zdobią ciemnożółte plamy, zaś skórki faktycznie nigdy nie były tak odżywione jak teraz - zdają się zaczynać w połowie płytki. I mają kilka warstw.
Nigdy więcej, pod żadnym pozorem, w ramach żadnego projektu ani na fali największych oszczędności nie kupie ponownie tego czegoś. Nawet jeśli miałoby to uratować kilka istnień ludzkich - nie nałożę go na paznokcie. Mój instynkt samozachowawczy nie pozwala.
Duże dziewczynki mają większe potrzeby. Zakupoholizm wcale nie musi być patologiczny. Wystarczy ograniczyć się do kupowania tego, czego naprawdę się chce i co będzie cieszyć. Mam szafę wypchaną ubraniami i pękającą w szwach kosmetyczkę. Przy pomocy tego bloga postaram się z nich zrobić dobry użytek. Będę opisywać nie tylko swoje ciuchy i makijaże, ale również polecać lub odradzać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paznokcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paznokcie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 sierpnia 2011
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Wielki smród
Nie sądziłam, że kolejne kosmetyczne doświadczenie tak dokładnie zgra mi się z tytułem książki, którą właśnie czytam.
Spoilerów nie będzie, bo sama przemierzyłam nieco ponad sto stron "Wielkiego smrodu" brytyjskiej pisarki Clare Clark. Książka reklamowana jest jako kryminał, ale póki co jedyna krew, to ta, której sam upuszcza sobie główny bohater.
Wiliam May jest mierniczym, który powróciwszy z wojny krymskiej (dokładnie połowa XIX wieku), zostaje zatrudniony przy modernizacji londyńskiej kanalizacji miejskiej.
Dzięki temu zajęciu jest w stanie zapewnić byt żonie i maleńkiemu synkowi, oraz choć na chwilę uciec od traumatycznych doświadczeń wojennych. W odganianiu koszmarów pomagają mu też seanse samookaleczania, które funduje sobie w labiryntach londyńskich kanałów.
Potem ma wydarzyć się morderstwo, o które zostanie oskarżony May i które wpędzi go do wariatkowa.
Jedynym wybawieniem ma być dla niego Tom Długoręki - zawodowy szperacz, żyjący z tego, co inni wyrzucą do ścieków - oraz jego pies Dama.
Nie wiem, jak potoczą się losy bohaterów tej historii, ale nie mam żadnych wątpliwości, skąd tytuł powieści. Dziewiętnastowieczny Londyn był cuchnący i brudny, zaś Tamiza - rwącym ściekiem. Miasto i jego mieszkańcy nieustannie i koszmarnie cuchnęli.
Dokładnie tak jak lakier, który dostałam od mamy.
Kolor - bajeczny. Moja ukochana, neonowa absyntowa zieleń. Emalia jest transparentna, więc potrzeba ... czterech warstw by uzyskać kryjący, nasycony kolor.
Lakier schnie koszmarnie długo, a nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że zaskorupił się już na dobre, potrafi sprawić przykrą niespodziankę i przykleić się do koca czy dżinsów.
To jednak nic w porównaniu z zapachem, który wydziela. Mokry lakier śmierdzi jak lakierobejca do podłóg.
Suchy, cuchnie tak, że podnosząc do ust kubek z kawą mam zawroty głowy. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym - lakier psychoaktywny :-/ Kolor to za mało, bym skazywała się na takie cierpienia. Lakier marki krzak ląduje w koszu.
A ja udaję się na poszukiwanie innego w podobnym kolorze. Znacie jakieś?
Spoilerów nie będzie, bo sama przemierzyłam nieco ponad sto stron "Wielkiego smrodu" brytyjskiej pisarki Clare Clark. Książka reklamowana jest jako kryminał, ale póki co jedyna krew, to ta, której sam upuszcza sobie główny bohater.
Wiliam May jest mierniczym, który powróciwszy z wojny krymskiej (dokładnie połowa XIX wieku), zostaje zatrudniony przy modernizacji londyńskiej kanalizacji miejskiej.
Dzięki temu zajęciu jest w stanie zapewnić byt żonie i maleńkiemu synkowi, oraz choć na chwilę uciec od traumatycznych doświadczeń wojennych. W odganianiu koszmarów pomagają mu też seanse samookaleczania, które funduje sobie w labiryntach londyńskich kanałów.
Potem ma wydarzyć się morderstwo, o które zostanie oskarżony May i które wpędzi go do wariatkowa.
Jedynym wybawieniem ma być dla niego Tom Długoręki - zawodowy szperacz, żyjący z tego, co inni wyrzucą do ścieków - oraz jego pies Dama.
Nie wiem, jak potoczą się losy bohaterów tej historii, ale nie mam żadnych wątpliwości, skąd tytuł powieści. Dziewiętnastowieczny Londyn był cuchnący i brudny, zaś Tamiza - rwącym ściekiem. Miasto i jego mieszkańcy nieustannie i koszmarnie cuchnęli.
Dokładnie tak jak lakier, który dostałam od mamy.
Kolor - bajeczny. Moja ukochana, neonowa absyntowa zieleń. Emalia jest transparentna, więc potrzeba ... czterech warstw by uzyskać kryjący, nasycony kolor.
Lakier schnie koszmarnie długo, a nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że zaskorupił się już na dobre, potrafi sprawić przykrą niespodziankę i przykleić się do koca czy dżinsów.
To jednak nic w porównaniu z zapachem, który wydziela. Mokry lakier śmierdzi jak lakierobejca do podłóg.
Suchy, cuchnie tak, że podnosząc do ust kubek z kawą mam zawroty głowy. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym - lakier psychoaktywny :-/ Kolor to za mało, bym skazywała się na takie cierpienia. Lakier marki krzak ląduje w koszu.
A ja udaję się na poszukiwanie innego w podobnym kolorze. Znacie jakieś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



